– „Wierzę w polski system penitencjarny. Wierzę, że tam pana nauczą – ale mało tego – przykro mi jest to mówić: pana również powinni tam nauczyć zwykłej kindersztuby”.
– „Ja tak obserwowałem pana podczas tego procesu (…) Wszystko pana interesowało, te koszulki, Vuittony, Balenciagi (…) Uważam, że zero refleksji”.



Gdy usłyszałem ten wyrok – zelektryzowało mnie. Inna forma. Osobliwy sposób prezentowania uzasadnienia. To był język… żywy i dobitny, zrozumiały i żarliwy.

– „Panie Żak, dlaczego ta kara? Nie chcę już, żeby były Julie, Jakuby, Pauliny, Anie, Kasie na drodze i uważam, że tylko ta kara zabezpieczy społeczeństwo przed takimi kierowcami jak pan”.
Skazano Łukasza Żaka, za to, że pędząc na Trasie Łazienkowskiej 226 km/h spowodował wypadek w którym zginął 37-letni Rafał, podróżujący z żoną i dwójką małych dzieci.

W finale procesu sędzia Maciej Mitera mówił:
– „Zawsze na studiach, na aplikacji uczono, że należy szukać jakiegoś pierwiastka czy czegoś. Nie wiem, może mnie poprawi wyższa instancja. Nie znalazłem, proszę mi wierzyć, nie znalazłem. Uważam, że będzie to dla pana jakaś taka refleksja”.
– „Nikt nie miałby szans z tym Arteonem. Tak jak mówię – przyrównuję go do małego czołgu. Rozpędził pan do tej prędkości mały czołg. I z premedytacją pan to robił”.
– „Nagrywanie tutaj? Nie wiem… Chciał pan komuś zaimponować? Przecież to groziło katastrofą. Przecież to groziło katastrofą. To groziło katastrofą i tak się skończyło”.

Słuchając tego zobaczyłem człowieka któremu o coś chodzi, który w coś wierzy i o coś walczy.

Kogoś, kto ma dylemat, ale wie, że występuje w imieniu pokrzywdzonych. Kogoś, kto próbuje zatrzymać zuchwałe i bezrefleksyjne zło.
Nie było to formalne, techniczne, czy kodeksowe wyjaśnienie. To nie był beznamiętny, papierowy przekaz, ale język, który porusza i rezonuje.


No dobrze, ale dlaczego o tym piszę? Otóż, mam dwa powody.
Pierwszy – byłem zaskoczony wyjątkowo niecodziennym sposobem w którym miesza się żarliwość i rozwaga. Umiar i tyrada.

Drugie – uwielbiam i uczę storytellingu, który jest próbą wyrwania myśli z okowów formalizmu: sztywnego, korporacyjnego i przewidywalnego języka.
Bo STORY moi drodzy, to chęć dotarcia, poruszenia i wywołania jakieś ZMIANY. To język niezwykle intencjonalny, ale też intuicyjny, to intelekt i wyobraźnia w dobrze zgranym tandemie.
Słowem… stosuj STORY!

To, co przeczytaliście powyżej, zamieściłem w formie krótkiej obserwacji na FB i LI. W odpowiedzi pojawiło się kilka komentarzy, z których wybrałem dwa, na pozór wykluczające się, ale (w istocie) ich zestawienie stanowi impuls do dalszej refleksji w temacie – wystąpienia sędziego Macieja Mitery.

  1. „Też byłam zdziwiona sposobem mówienia Sędziego (nieprzypadkowo przez wielkie S). I to w moim odczuciu pokazało ludzką twarz, choć nie wiedziałam, że tak można. Byłam pewna, że trzeba sypać oficjalnie tylko paragrafami. Dzięki tej mowie stał się w moich oczach ludzki, współodczuwający i też wzrosło moje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości”.
  2. „A mnie z kolei uzasadnienie sędziego nieco rozczarowało. Wydawało mi się zbyt „kolokwialne” i „pospolite”, jakby nieprzemyślane, wygłaszane „z marszu”. Spodziewałem się, oczekiwałem czegoś innego.
    Aczkolwiek prosty język, zawierający zapewne emocje sędziego, trafił do wielu i to na pewno sukces. O samym wymiarze kary to nie ma co oczywiście dyskutować. I tak za mały”.

Na moment rozszerzę moją obserwację dotyczącą „pojmowania swojej roli zawodowej”, a „formy wypowiedzi publicznej”.

Otóż wejście w rolę zawodową (sędziego, menedżera, sprzedawcy etc.) poprzedzone jest dłuższym procesem socjalizacji pewnych zachowań, gestów, stylu wypowiadania się. I dość często na swojej drodze możemy spotkać takich mówców, którzy noszą na sobie znamiona tego procesu. Wystarczy tylko przytoczyć przykład pewnego zaśpiewu, jaki charakteryzuje kazania księży (ów fenomen jest nieobecny poza tym środowiskiem), czy jakąś formę teatralności w wystąpieniach członków Toastmasters – organizacji, która niewątpliwie wnosi wielki wkład w rozwój umiejętności prezentacji. Jednak wszędzie tam widać trwały efekt socjalizacji, gdzie model zachowania został zinternalizowany i widać pewną „manierę”.

Warto tylko nadmienić, że socjalizacja to proces unifikacji – usunięcia cech różnicujących, takich, które czynią ludzi odrębnymi osobami, i czasami przyjmuje ona zabójcze rozmiary. Przesadzam? Posłuchajcie, co szef dużego koncernu farmaceutycznego opowiedział mi o zdarzeniu:

– „Miałem problem w organizacji i zaprosiłem konsultantów firm pochodzących z „wielkiej czwórki”, aby przedstawili swój pomysł na rozwiązanie. Poświęciłem cały piątek i wiesz, jaką mam obserwację? Każdy z nich był taki sam. Mówił identycznie, byli nie do odróżnienia, jakby spod jednej sztancy. A wiesz jak prezentują? Identycznie. Sztampowo. Nieciekawie”.

Nie oddalimy się od prawdy, mówiąc, że rysuje się przed nami „prezenter nijaki”, człowiek bez wyrazu, nieskuteczny, bez właściwości. Powód? Kulturowo kształtowana rola „konsultanta” została tak mocno przyswojona, że podczas godzinnej prezentacji wszystkie cechy oraz różnicujące predyspozycje były nieobserwowalne dla odbiorcy.

Czyli – z lekkim przymrużeniem oka – jeżeli autorka koncepcji „estetycznego przymusu”, profesor Monika Kostera, która twierdzi, że:

„Współczesna korporacja kolonizuje wyobraźnię i sferę symboliczną. Człowiek zmuszony do nieustannego odgrywania narzuconej roli ostatecznie traci kontakt z własnym, autentycznym 'ja’”,

szukałaby jasnego potwierdzenia swojej tezy, to znajdzie je tu i to w całej okazałości. W postaci dobitnej i jednoznacznej.

Ale wracam do głównego wątku – jeżeli moja hipoteza jest trafna, to nie powinno nas dziwić, że w organizacjach efektem ubocznym jest to, że spotykamy prezenterów z tak mocno zinternalizowanym „stylem mówienia”, że po pierwsze – trudno ich odróżnić, a po wtóre (i to rozmiar tragedii) – ich przekaz jest bardzo jałowy i przewidywalny. Ludzie prowadzący prezentacje – najczęściej – są podobni, posługują się takim samym sposobem mówienia, na którym mocno zaciążyła technologia PowerPoint. Oczywiście, patrząc realistycznie i biorąc pod uwagę aspekt czysto psychologiczny, nie powinno nas dziwić, że ludzie trzymają się tego, co znane i co zostało już oswojone.

Może przywołam tu ciekawą ilustrację odnoszącą się zarówno do tematu, ale też do grupy społecznej, od której rozpoczęliśmy te rozważania. Otóż znajomy, który uczy prezentacji w środowisku sędziowskim, kiedyś podzielił się takim spostrzeżeniem:

– „Wiesz, okazuje się, że ludzie, którzy pełnią eksponowaną i wymagającą rolę społeczną sędziego, w sytuacji uczestniczenia w warsztatach z wystąpień borykali się z paraliżującą tremą. Pamiętam, jak pierwszy raz się z tym spotkałem, zdziwiony zapytałem:

– Ale jak to jest możliwe? Przecież na co dzień pełnicie rolę, która wymaga ciągłego prezentowania i mówienia do ludzi.

Na co w odpowiedzi usłyszałem takie wyjaśnienie:

– Ale to dwie różne kwestie. Jak prowadzisz rozprawę, to siedzisz za masywnym biurkiem. Jesteś ubrany w dostojną, czarną togę. Na Twojej piersi wisi łańcuch z orłem, a pod ręką masz zestaw formułek, które znasz doskonale i w dowolnej chwili możesz je użyć, a na koniec – każdy w tym miejscu musi liczyć się z tym, co powiesz. To jest nasze miejsce i nasza rola, gdzie czujemy się pewnie, ale jak Prezes naszego Sądu zaprasza nas, by czasami zabrać głos na forum (w innych warunkach), to nikt z nas się nie garnie”.

Jak widać, „rola społeczna” z całym jej anturażem daje im oparcie i pewność. A oni, wspierając się o ten konstrukt, mogą stanąć naprzeciw publiczności i sprawnie sobie poradzić. Jednak pozbawieni tego wszystkiego są jacyś… nadzy, bezradni i stremowani.

A sędzia Mitera podjął wyzwanie, by przemówić w innym języku, wyjść nieco „z” roli lub ją lekko poszerzyć, a przy takich próbach (na początku) jest różnie, stąd też komentarz drugi, którego autor zwraca uwagę, że nie było to płynne (było to „kolokwialne” i „pospolite”, jakby nieprzemyślane, wygłaszane „z marszu”), ale ja składam to na karb początków i pozytywnie kwituję: „pierwsze śliwki robaczywki”. Oczywiście, marzy mi się rzesza ludzi, którzy dobrze mówią publicznie. Takich, co potrafią mówić z… głowy, serca i trzewi. Mówców, którzy inspirują i są ciekawi. Ale na razie – konstatuję smutno – jeszcze sprawdza się moje powiedzenie: „Prezentacja PowerPoint nie ma ani «power», ani «point», a STORY zawiera te dwa elementy”. Dla uczciwości tylko dodam, że w domu trwa spór o autorstwo tego powiedzenia. 🙂

Niemniej sędziemu Miterze i jemu podobnym będę gorliwie kibicował! Dodając: „Przegońcie ze szkół, uczelni, warsztatów szkoleniowych tych samozadowolonych i uśmiechniętych prowadzących, którzy potrafią tylko o: «mowie ciała», «języku korzyści», «slajdach», «zbijaniu obiekcji» mówić. Brrrrr! Co za szkolne podejście do fenomenu, jakim może być mowa na forum”.

Na koniec tylko dodam, że część obserwacji dotyczących związku: rola społeczna/socjalizacja, a jakość prezentacji opisałem w książce: „Prezentacja, prezenter i… problemy. Esej dla krytycznie myślących oraz tych, którzy już zobaczyli, że prezentować jest coraz trudniej”. 

Dla zainteresowanych, posłuchaj fragmentu – sponsor Storytel, dowiedz się więcej