Szykujemy — tak, tak — my tu w Polsce największy TEDx w Europie, wielkością wydarzenie bijemy na głowę stolice starego kontynentu.
W tym roku (15 maj) temat: „Między algorytmem a intuicją”, ale może być tak, że sam motyw cię nie interesuje — to nic, bo wydarzenie TED mówi też o czymś innym: o tym, jak można mówić publicznie. „Tedowe mowy” wyznaczyły pewien wzorzec — intrygującej, zbornej i ciekawej prezentacji na forum.
I tu uwaga moja dygresja.
Jeżeli losowo wybierzemy jakąś prezentację TED i oglądającym zadamy pytanie: „Jak postrzegasz człowieka, który właśnie występuje na scenie?”, to najczęściej pojawiają się…:
„Jest świetnym ekspertem”; Ma duże wyczucie sceny i poczucie humoru”; „Ma wpływ na innych, taki charyzmatyczny i porywający”.
To jest Twoja perspektywa. Perspektywa uczestnika, który bierze udział w konferencji. Pozwól jednak, że przedstawię Ci moją perspektywę, czyli osoby, która przygotowuje do takich wystąpień.”
Znasz obraz góry lodowej – tylko część ogromnej bryły jest widoczna, pozostała, znacząco większa ukryta jest pod wodą.
To co przed chwilą opisałem, to perspektywa uczestnika, który widzi to, co jest nad powierzchnią. A teraz zaprezentuję moją, czyli opiszę wszystko to, co dzieje się pod wodą.
Oto taki mówca trzy miesiące wcześniej przygotowuje temat swojego wystąpienia. Właśnie wysyła swoją propozycję i szczęśliwie zostaje wybrany. Oj, kipi z dumy i tryska radością, a na myśl o wejściu na czerwoną kropkę rośnie w nim niepohamowany entuzjazm. Ale… po pierwszej próbie dowiaduje się, że musi wiele zmienić, a w środę na spotkaniu z coachem (który prowadzi go przez czas przygotowania) nasz hipotetyczny Tomek dostał kolejny feedback. Cóż, znowu poprawki, ćwiczenia i… pojawia się zmęczenie. Za dwa tygodnie razem z innymi staje na pierwszej wspólnej próbie i wyraźnie dostrzega, że mu nie poszło. Kilka razy zapominał, co miał powiedzieć, a inni – niestety – mówili płynnie i byli znacznie lepsi.
Mimo zachęty, mimo wzmacniającej informacji zwrotnej smętny T., jak przejechany walcem, wraca do domu. Ciężko siada przy kuchennym stole i nie”.
„– Wypisuję z tego interesu. To nie dla mnie i w ogóle… bez sensu.
Na co żona odwraca się w jego stronę i rzuca:
– Tomaszek, chłopie, przecież to szansa dla Ciebie! Może ktoś Cię zobaczy na tym „TEDzie” i dostaniesz lepszą pracę. Bądźże mężczyzną.
Cóż, przez głowę przelatuje mu nieśmiała myśl: „Ale ja lubię swoją pracę”. Jednak jest już tak zmęczony, że nie ma siły, aby wytaczać nowe działa. To, o czym marzy, to łóżko i sen.
Po siedmiu godzinach rygorystycznie pedantyczny budzik przypomniał mu, że nastał już nowy dzień. Chcąc nie chcąc, bierze się w garść i ćwiczy. Powoli opanowuje treści. Szlifuje kolejne sentencje i co rano, stając przed lustrem, mówi do siebie: „Dasz radę!”. Potem kolejne spotkania i koleje sesje. Aż nadchodzi ten kluczowy moment i nie ma już odwrotu. T. czuje się jakoś nieswojo i bije się z myślami, na przemian doświadczając ekscytacji i strachu.
Właśnie jedzie metrem na miejsce, gdzie odbywa się Konferencja TEDx. Mrucząc pod nosem, powtarza: „Wtedy powiem ten przykład z firmy, potem rzucę anegdotę o Jasiu, który szukał pracy, a potem…” Siedzący obok pasażerowie jakoś dziwnie spoglądają w jego stronę. Cóż, oni nie wiedzą, że właśnie obok nich siedzi wielki mówca – Prawdziwy Mówca TED!
Czas biegnie bezlitośnie i Tomek jest już na sali. Wita się z innymi, jeszcze tylko formalne przygotowanie – wpięcie mikrofonu, kilka skłonów, wyrównanie oddechu i… wchodzi na „czerwoną kropkę”.
Jest dobry.
Płynie!
Mówi dowcipnie, elektryzująco, a ludzie myślą:
– „Ależ to charyzmatyczny mówca! Skąd ten Tomek przyjechał do naszej stolicy? Na pewno nie jest stąd, bo przecież znałbym tego mówcę”.
A pewna tleniona blondynka z widowni, która godzinę temu jechała w metrze ze swoim chłopakiem (też tlenionym blondynem), nachylając się w jego stronę, szepnęła:
– Ten gość mi kogoś przypomina. Czy to nie ten, o którym powiedziałeś: „Patrz na tego kolesia. Obstawiam, że jest IT. Jedzie na spotkanie rekrutacyjne i nerwowo recytuje jakieś formułki.
– Nieeee, co Ty wygadujesz? Ten na scenie to facet z jajami. Taki „retor – pretor”! Chciałbym mieć taki luz i charyzmę. Po spotkaniu znajdę go w sieci i zapytam, gdzie się uczył takiego prezentowania. O ile się uczył, bo na moje oko ma to od urodzenia. Tak, Wy już wiecie, że nie ma.
Wszystko to, co opisałem z lekkim przymrużeniem oka, istnieje. Jest bardzo namacalne i realne, ale toczy się pod powierzchnią, ergo Ty tego nie widzisz, ergo jakoś mimowolnie dochodzisz do (błędnego) przekonania, że „oni tacy są, a ja taki nie jestem. Jestem jakby z innej gliny”. Rozczaruję Cię jednak – otóż nie! Oni są tacy sami jak ty i ja.
To, co widzisz na powierzchni, to SCENA, a to, co jest pod powierzchnią, to CENA i każdy z nas ją płaci – przez ćwiczenie, zbieranie pomysłów, szlifowanie tekstu, zapamiętywanie, serię prób, zmaganie się z napięciem. Słowem – ćwiczenie czyni mistrza, a mistrz… czyni ćwiczenia.”
PS. Dygresja pochodzi z mojej ostatniej książki pt. „TREMA. Ponad 102 pomysły na tremę”.
