„Lekcja angielskiego humoru”. Mowa wygłoszona przez Karola III w Białym Domu (28 kwietnia 2026 r.).

Tę pobieżną analizę wystąpienia brytyjskiego monarchy można by rozpocząć tak. Oto w didaskaliach natrafiamy na odręczną notatkę podpisaną krótkim „Wasz Karol III”, a w jej treści czytamy:

„Opowiem o wspólnej historii, nie stroniąc od przypadków trudnych, ba — tragicznych, ale zrobię to w tak pogodny sposób, że nikt nie poczuje się dotknięty ani urażony. Więcej, odniosę się do tragicznych momentów naszych relacji, a przez myśl słuchaczy nie przejdzie żadne rozżalenie — wprost przeciwnie, będą ukontentowani i zadowoleni, a czasami roześmiani, bo wszystko to zrobię za pomocą magicznej siły, jaką jest… humor.”

Czy taka zapowiedź, postawiona teza nie jest na wyrost? Bo czy wysoka ocena mowy wygłoszonej przez Karola III:
• „Był na fali” / rozbawił Kongres – TVN 24,
• „Karol III zachwycił w Kongresie USA” Tokfm,
• „Historyczne przemówienie… apel o odnowę relacji” Onet,
ba — bezprecedensowo wysoka, stąd czerpała swoją siłę?

Sprawdźmy, przywołując niektóre fragmenty wystąpienia w Białym Domu.

Przykład pierwszy. Rok 1814 — jedyny moment w historii Stanów Zjednoczonych, kiedy na ich terytorium wkroczyła obca armia i dokonała barbarzyńskiego zniszczenia symbolu nowo powstałego państwa — Białego Domu. W humorystycznym ujęciu Karola III przedstawiona jest tak:

— „Ku mojemu zdumieniu, uświadamiam sobie, że moja pierwsza wizyta w tym niezwykłym kraju miała miejsce ponad pięćdziesiąt lat temu (…) I, jeśli wolno mi tak powiedzieć, to szczególna przyjemność powrócić do tego wspaniałego budynku, serca Pańskiej demokracji.

Przy tej okazji, Panie Prezydencie, nie mogę nie zauważyć „przeróbek” w Skrzydle Wschodnim po Pańskiej wizycie w Zamku Windsor w zeszłym roku. Z przykrością muszę stwierdzić, że my, Brytyjczycy, oczywiście podjęliśmy własną próbę przebudowy Białego Domu w 1814 roku”.

Przykład drugi, nawiązanie do wydarzeń z dnia 16 grudnia 1773, kiedy to w bostońskim porcie grupa zamaskowanych mężczyzn wdarła się na trzy brytyjskie statki i zniszczyła ładunek herbaty, wyrzucając go do wody. Cała ta akcja, błyskawicznie i sprawnie przeprowadzona, dodajmy — bez użycia siły, a można by powiedzieć — w białych rękawiczkach (grupa konspiratorów wymogła na kapitanach statków podpisanie oświadczenia: „żaden inny ładunek poza herbatą nie został naruszony”), była odpowiedzią Amerykanów na niesprawiedliwą „ustawę o herbacie”, która uderzała w ich interesy i w sposób niesprawiedliwy forsowała interesy Kompanii należącej do Wielkiej Brytanii. Wydarzenie to, nazwane „herbatką bostońską”, uznawane jest za początek rewolucji amerykańskiej, czyli ruchu dążącego do zerwania z Koroną.

A teraz posłuchajcie, jak ów gorzki epizod dowcipnie wykorzystał Karol III pod koniec swojej mowy:

„Dziękuję, Panie Prezydencie i Pani Trump, za wspaniałą kolację tego wieczoru, która, muszę przyznać, stanowi znaczny postęp w porównaniu z bostońską herbatką!

Niezależnie więc od tego, czy w Państwa filiżance znajduje się herbata, wino, szkocka whisky, bourbon czy nawet cola, wznieśmy toast za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość naszych dwóch dumnych i sprzymierzonych narodów:

Do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Niech Bóg błogosławi oba nasze kraje.”

Do tej wypowiedzi dodajmy jeszcze jeden komentarz. Karol III na jednym oddechu, w jednym passusie uderza w ton: humoru, patosu i religii. Dla kiepskich mówców to oddzielne kategorie — światy odległe, których nie sposób połączyć (podobnie dla umysłów dogmatycznych tematy te dzieli nieprzebyta przepaść). Ale dla wyrobionego, otwartego mówcy, który sprawnie operuje kompetencją, jaką jest humor, wszystko to można zgrabnie, elegancko i finezyjnie połączyć w treść wystąpienia, która będzie wyróżniająca.

Sięgnijmy po przykład trzeci, w którym zobaczymy inny aspekt humoru — autoironię, czyli uszczypliwy żart wymierzony w osobę/świat mówiącego. Oto Karol III przywołuje postać jednego ze swoich przodków — Jerzego III. Króla, który boleśnie starł się z Amerykanami i według historyków właśnie to spowodowało jego chorobę, a potem śmierć.

A tak wspomnienie postaci króla Jerzego zabrzmiało w ustach Karola:

„Dwa i pół wieku temu Stany Zjednoczone Ameryki powstały dzięki śmiałemu i wizjonerskiemu aktowi samostanowienia. Od samego początku amerykański charakter definiowały odwaga, wytrwałość i duch przygody. Jako bezpośredni potomek króla Jerzego III wiem, że ten naród nigdy się nie poddaje.”

Co? Jak to możliwe? Ty, jego potomek? Tego, który przegrał, mówił o wielkiej stracie, ba — przewidywał jej ogromne i negatywne konsekwencje, ty tutaj, publicznie do nas mówisz: „tak, tak — mój praszczur Jerzy III boleśnie odczuł ten wasz charakter. Charakter definiowany przez triadę: „odwaga – wytrwałość – pogoda”.”

Jak więc łatwo można dostrzec — autoironia w czystej postaci. Drwiący komunikat, taki z przymrużeniem oka, skierowany w swoją stronę. Dodajmy tylko w nawiasie: najczęściej podczas prezentacji mamy do czynienia z czymś odwrotnym… drobne, średnie, wielkie akty samouwielbienia i adoracji.

Ale powróćmy do tematu, by wspomnieć o jednym z przejawów humoru, jakim jest „tworzenie sytuacji komicznych”. Oto osoba obdarzona tym — nie bójmy się — pięknym przymiotem, w swoim otoczeniu kreuje gagi, zdarzenia, które mają na celu rozbawienie innych. A w przypadku Karola III widzimy to w tym fragmencie mowy, gdzie ofiarowuje prezydentowi Trumpowi prezent:

„Dziś wieczorem, Panie Prezydencie, z przyjemnością wręczam Panu — jako osobisty prezent — oryginalny dzwon, który wisiał na wieży dowodzenia Pańskiego dzielnego imiennika. Niech będzie on świadectwem wspólnej historii i świetlanej przyszłości naszych narodów. A jeśli kiedykolwiek będzie Pan potrzebował się z nami skontaktować… cóż, po prostu zadzwoń!”.

Zauważmy, że samą wartością w tej mowie było użycie — posługując się terminologią retoryczną — „rekwizytu” i wykorzystanie go, by wzmocnić myśl dotyczącą wspólnej wojennej przeszłości, ale Karol na tym nie kończy. Nagle ostro skręca i mówi: „A jeśli kiedykolwiek będzie Pan potrzebował się z nami skontaktować… cóż, po prostu zadzwoń!”.

Tak więc wzniosły, wyróżniony moment (wręczenie symbolu wspólnej walki) zostaje zamieniony w żartobliwe i lekkie: „Będziesz nas potrzebował — dzwoń bez skrępowania”.

W tym momencie powinniśmy zwrócić uwagę na ważny przymiot charakteryzujący dobrego mówcę. Przymiot, który dość dosadnie opisał Jerzy Pilch: „Gdy mówi głupi, wiem, jak skończy. Gdy mówi mądry, nie wiem, jak skończy”. Tak więc przewidywalność prezentowanego wywodu, wniosków, do których zmierza mówca, jest miernikiem niskiej jakości wystąpienia, zaś zmienność, zdolność do zaskoczenia — to dystynkcja sprawnego i wyrobionego prezentera. A w omawianej sytuacji mamy do czynienia ze zręcznym zabiegiem — od wzniosłości i patosu do… no właśnie, nie do wyżyn i uniesienia, ale humoru i żartu — „jakby co, pamiętaj… dzwoń!”.

A teraz kolejny przykład wykorzystania humoru, powiedzmy — dość powszechny, czyli posługiwanie się żartami, anegdotycznymi historiami. I jak się okazuje, król Wielkiej Brytanii nie stroni od tej formy, ale robi to w ciekawym stylu — przywołanej anegdocie nadaje dodatkowy, aktualny wymiar. Posłuchajcie:

„Pierwszy premier mojej matki, sir Winston Churchill, doskonale to (wagę relacji – MS) rozumiał. Ale przecież sam był pół-Amerykaninem — tradycja wspólnego transatlantyckiego dziedzictwa, która, z radością stwierdzam, jest dziś żywa i ma się dobrze w Białym Domu! Zażyłość była tak silna, że sir Winston, przebywając w Białym Domu — w jednym z pokoi, które nam pan pokazał na piętrze — wyszedł nago z wanny i zobaczył, że drzwi się otwierają, gdy prezydent Roosevelt wchodzi na pogawędkę. Z ciętym dowcipem prezydent zażegnał wszelkie zażenowanie, oświadczając, że „premier nie ma nic do ukrycia przed prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Ta serdeczność pojawiła się po trudnych chwilach między naszymi przywódcami na początku lat 40. XX wieku. Wielowiekowa więź i przyjaźń dodawały otuchy mojemu nieżyjącemu dziadkowi, królowi Jerzemu VI, podobnie jak mojej nieżyjącej już matce. Dla mnie znaczy to równie wiele. Oczywiście, moja nieżyjąca już matka spotkała nie mniej niż trzynastu urzędujących prezydentów — na szczęście wszystkich w pełnym ubraniu!”

Tak więc nie tylko przywołanie ważnego fragmentu wspólnej historii oraz wzmianka o wielkich postaciach — Churchillu i Roosevelcie. Nie tylko wspomnienie Jerzego VI i Elżbiety II, ale też… no cóż, moja matka, osoba powszechnie uznawana za uosobienie majestatu i elegancji, spotykała się z trzynastoma prezydentami — i wszyscy (na szczęście) byli… ubrani!

Tak więc mówca z poczuciem humoru ma głowę do anegdot lub zespół, który ma do tego głowę, bo bez głowy w tej materii ani rusz. Ale przytaczana przez niego anegdota jest:
• dostosowana do „tu i teraz” prowadzonego spotkania oraz
• zaopatrzona w lekki komentarz, który stanowi dodatek do tej formy (czyli: „spotkała nie mniej niż trzynastu urzędujących prezydentów — na szczęście wszystkich w pełnym ubraniu!”).

Innym z objawów sprawności, jaką jest humor, są uszczypliwości kierowane w stronę publiczności czy pojedynczego adresata naszej wypowiedzi. I tu Karol III zastosował tę formę przynajmniej trzy razy, kierując swój żart w stronę prezydenta Trumpa:

„Niedawno zauważył Pan, Panie Prezydencie, że gdyby nie Stany Zjednoczone, kraje europejskie mówiłyby po niemiecku. Śmiem twierdzić, że gdyby nie my, mówiłby Pan po francusku…!”.

Dodajmy, że następnego dnia w przestrzeni publicznej słychać było słowa francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, który, nawiązując do tego, powiedział: „byłoby to szykowne!”.

Dowcipny komentarz Karola był nawiązaniem do wypowiedzi Donalda Trumpa z 2019 roku (obchodów rocznicy D-Day we Francji), kiedy to ten drugi — odnosząc się do roli USA w zwycięstwie nad nazistowskimi Niemcami — powiedział, że gdyby nie oni, Europejczycy „mówiliby po niemiecku”.

Kolejna ironiczna uwaga stanowiła nawiązanie do niedawnej amerykańskiej misji na Księżyc. Brytyjski król opowiedział ją tak:

„Tak wiele cudów współczesnego świata powstało i nadal powstaje w Ameryce. Z uwagą śledziliśmy podróż Artemidy II — lub Artemidy Drugiej, jak moja rodzina i ja moglibyśmy ją nazywać! — Wiem, że ma Pan wielkie plany wobec Księżyca, Panie Prezydencie, ale sprawdziłem dokumenty i obawiam się, że jest on już częścią Wspólnoty Narodów!”

To lekki prztyczek do nieposkromionych ambicji terytorialnych Trumpa.

I wreszcie wspomnienie różnicy w nazewnictwie:

„A jeśli chodzi o sport, już za kilka tygodni Stany Zjednoczone i Kanada znajdą się wśród państw, które powitają świat jako gospodarze Mistrzostw Świata FIFA. Zatem, Panie Prezydencie, w pewnym sensie, jako głowy państw, jesteśmy współgospodarzami!

Nawiasem mówiąc, nazywamy tę grę „piłką nożną”.” — czyli różnica między football a soccer.

I to wszystko jest możliwe — te drobne złośliwości, publiczne uszczypnięcia — gdy spełnimy trzy warunki.

Po pierwsze, włożymy je w całość, która ma pozytywny wydźwięk, a mowa Karola właśnie taka jest. Pokazuje wspólną historię, wartości i osiągnięcia, a dodatkowo — nie ukrywajmy — sam Trump został w niej kilkukrotnie skomplementowany.

Po drugie, gdy zadbamy, by ironię kierować w dwie strony, tak w siebie, jak i w słuchacza/oponenta. Tylko jeżeli zadbamy o tę równowagę, sprawa może być odebrana pozytywnie, bo słuchacz pomyśli: „ok, on jest sprawiedliwy — srogie razy rozdziela po równo”.

I wreszcie warunek trzeci — nasz żart będzie w odpowiednim stylu. Bo jak pewnie przyznacie, humor, czyli sprawność werbalno-intelektualna, jest bardzo wysoko ceniony. Otóż zauważcie:
a) bez specjalnego oporu przyznajemy — „ostatnio dość często coś zapominam” (pamięć),
b) „jestem jakiś rozkojarzony” (uwaga),
ale raczej nie powiemy „jestem pozbawiony poczucia humoru”. Nie przyznamy się, bo czujemy, że humor to przejaw inteligencji, a powiedzieć „jestem mało inteligentny” to jakby skazać się na wykluczenie, spakować podręczny węzełek i pójść na banicję. Słowem, humor w klasyfikacji „cechy pożądane w XXI wieku” czy „kompetencja przyszłości” stoi bardzo wysoko, ale dodajmy — nie każdy humor.

Bo ten może być napastliwy, prostacki czy agresywny — vide personalne i niesmaczne ataki Trumpa na Macrona prezentowane podczas konferencji w Davos lub po tym spotkaniu, gdzie prezydent USA publicznie szydził z wyglądu (okulary i problem z oczami prezydenta Francji), czy ujawniał zakulisowe rozmowy i robił to wszystko w stylu szyderczym. Przy otwartej kurtynie drwił, a przecież bywa tak, że celem takiego zabiegu jest publiczne zdeprecjonowanie czy nawet zniszczenie drugiej osoby. Jeżeli sądzicie, że idę za daleko w swojej opinii, to oceńcie sami:

Pewnie każdy z nas czuje różnicę między humorystyczną uszczypliwością, drobną uwagą zaprawioną żartem, a publicznym linczem.

Ale, jak się okazuje, humor może być ciepły, autoironiczny i w konsekwencji twórczy. A właśnie z tym drugim mieliśmy do czynienia w przypadku publicznych wystąpień Karola III.

I w tym ujęciu humor może być ciekawym hermeneutycznym kluczem do dwóch obszarów. Primo, uporania się z przeszłością. Czy jest to sposób na to, by odrobić lekcję z historii, ale jej nie powtórzyć? Tego nie wiem, ale niewątpliwie to ciekawa formuła bycia mądrzejszym od niektórych naszych przodków.

Secundo, metoda budowania wzajemnych relacji, bo jak się okazało, można wspólnie, razem — przy bostońskiej herbatce i w Białym Domu po lekkich, deweloperskich przeróbkach.

PS. Na koniec dwie myśli.

Pierwsza, dla tych, co myślą lub mówią o sztuce prezentacji publicznej. Jak się okazuje, można mówić „z” kartki i dostać tak wysokie noty, bo jak się okazuje, kluczowe rozróżnienie na: dobrego i złego prezentera nie jest związane z faktem mówienia „z” głowy czy „z” kartki, ale twórczym używaniem tej pierwszej. I kamyczek do ogródka tych od profesjonalizmu i powagi w prezentacji na forum — jak widać na załączonym obrazku, można: po pierwsze — w tak szacownym miejscu jak Kongres, po drugie — przed tak ważną publiką jak połączone izby parlamentu, po trzecie — w tak istotnych tematach można z… humorem.

Druga. Co za ironia losu. W 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych, kraju praw, swobód i demokracji, przybywa potomek wypędzonego władcy, by przypomnieć o znaczeniu prawa, swobód i demokracji.

I myśl trzecia, coś, na co wszyscy (z niecierpliwością) czekali — lokowanie produktu, więc…

Wszystko, co zrobił i osiągnął Karol III podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, było możliwe tylko pod jednym warunkiem. Tylko gdy przyjmie się, że wystąpienie publiczne nie służy do „wyświetlania slajdów” czy „owocowania tematu”, ale idzie o… NOS. Idzie o takie definiowanie swojej roli przed publicznością, takie pojmowanie swojego zadania, że o prezentacji myślę w triadzie: „narzędzie – obdarowanie – szansa”. O tym więcej piszę w ostatniej książce, którą niezmiennie polecam, więc… dzwoń, po prostu dzwoń!

Marek Stączek

Poniżej treść całej mowy Króla Karola III

Panie Prezydencie, Pierwsza Damo,

Moja żona i ja jesteśmy niezmiernie wdzięczni za hojną gościnność, jaką Państwo okazali, gdy Stany Zjednoczone obchodzą tę wyjątkową rocznicę Deklaracji Niepodległości.

Chciałbym na początek złożyć wyrazy uznania dla Państwa odwagi i niezłomności, a także dla służb bezpieczeństwa za ich szybką reakcję w sobotni wieczór, zapobiegającą dalszym szkodom. Moje myśli i wyrazy współczucia są z Państwem, Pierwszą Damą i wszystkimi gośćmi, dla których ten incydent musiał być bardzo bolesny. Jak przypominają nam słowa tego słynnego hymnu, „to jest kraj wolności i ojczyzna odważnych”, co dowodzi Państwa własna reakcja. To, co nazywano podczas ostatniej wojny w Zjednoczonym Królestwie: Zachowaj spokój i kontynuuj…!

Teraz, ku mojemu zdumieniu, uświadamiam sobie, że moja pierwsza wizyta w tym niezwykłym kraju miała miejsce ponad pięćdziesiąt lat temu i, Panie Prezydencie, złote nici historii i dziedzictwa łączące nasze ziemie są również ucieleśnione w historii Pańskiej rodziny, której korzenie sięgają pięknych krajobrazów brytyjskich Hebrydów Zewnętrznych i, jak wiemy, ciągną się dalej, na wspaniałych polach golfowych w Highlands. Mogę sobie tylko wyobrazić ogromną dumę, z jaką Pańska droga Matka, a wręcz oboje Rodzice, muszą patrzeć z góry na ten wspaniały urząd, na który został Pan wybrany na historyczną drugą kadencję. 

I, jeśli wolno mi tak powiedzieć, to szczególna przyjemność powrócić do tego wspaniałego budynku, serca Pańskiej demokracji. Przy tej okazji, Panie Prezydencie, nie mogę nie zauważyć „przeróbek” w Skrzydle Wschodnim po Pańskiej wizycie w Zamku Windsor w zeszłym roku. Z przykrością muszę stwierdzić, że my, Brytyjczycy, oczywiście podjęliśmy własną próbę przebudowy Białego Domu w 1814 roku. 

Cieszę się, że w tym krytycznym momencie mamy ważną okazję, aby odnowić więzi historyczne i przyjaźnie między naszymi narodami i naszymi narodami. Dwa i pół wieku temu Stany Zjednoczone Ameryki powstały dzięki śmiałemu i wizjonerskiemu aktowi samostanowienia. Od samego początku amerykański charakter definiowały odwaga, wytrwałość i duch przygody. Jako bezpośredni potomek króla Jerzego III wiem, że ten naród nigdy się nie poddaje.

Historia mojej rodziny jest odzwierciedlona na Pańskich mapach, które czyta się jak nasza lista świątecznych kartek na przestrzeni wieków – Karolina Północna i Południowa, Wirginia, Maryland i miasta Charleston (oczywiście jeden z moich ulubionych), Georgetown (i zresztą Georgia), Annapolis, jak Pan wspomniał, oraz (kolejne ulubione) hrabstwo Prince William i Williamsburg. Mimo to nasi francuscy przyjaciele mogą czuć się równie swobodnie, patrząc na mapę. Rzeczywiście, niedawno zauważył Pan, Panie Prezydencie, że gdyby nie Stany Zjednoczone, kraje europejskie mówiłyby po niemiecku. Śmiem twierdzić, że gdyby nie my, mówiłby Pan po francusku…! 

Oczywiście, oboje bardzo kochamy naszych francuskich kuzynów, a my, trzy stany, łączy nie tylko wspólne wartości, ale także głębokie przekonanie, że razem jesteśmy czymś więcej niż sumą naszych części. W ogniu zaciętej i krwawej wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych triumf ojca tego kraju, George’a Washingtona, i jego współzałożycieli polegał na stworzeniu demokracji opartej na prawie do wolności i rządach prawa.

Historia Wielkiej Brytanii i Ameryki to historia pojednania, od przeciwników po najbliższych sojuszników; być może nie zawsze podążając najprostszą drogą. Jak sam Pan powiedział, Panie Prezydencie, podczas swojej wizyty państwowej w Zamku Windsor w zeszłym roku, łączy nas nierozerwalna więź historii i dziedzictwa, kultury i handlu, przemysłu i wynalazczości – i jesteśmy zdecydowani wspólnie stawić czoła przyszłości.

Dziś wieczorem jesteśmy tu, aby odnowić niezbędny sojusz, który od dawna stanowi fundament dobrobytu i bezpieczeństwa zarówno dla obywateli brytyjskich, jak i amerykańskich. Nasi ludzie walczyli i ginęli razem w obronie wartości, które cenimy. Po drugiej stronie oceanu i od wybrzeża do wybrzeża, wspólnie handlowaliśmy, wprowadzaliśmy innowacje i tworzyliśmy. Razem przetrwaliśmy najlepsze i najgorsze chwile.

Jednak wyzwania, przed którymi teraz stoimy, od tych, którzy na całym świecie życzą nam źle, po równoważenie ryzyka i szans, jakie stwarzają potężne nowe technologie, aż po zagrożenia dla samych międzynarodowych zasad, które pozwoliły nam handlować i utrzymać równowagę sił przez osiemdziesiąt lat; Te wyzwania zachęcają nas do ponownego potwierdzenia dziś wieczorem fundamentów, na których zbudowano nasze partnerstwo. I tak, mieliśmy chwile trudności nawet w nowszej historii. Kiedy moja matka odwiedziła nas w 1957 roku, jednym z jej zadań było przywrócenie „specjalnego” charakteru naszym relacjom po kryzysie na Bliskim Wschodzie. Po prawie siedemdziesięciu latach trudno sobie wyobrazić, że coś takiego mogłoby się wydarzyć dzisiaj…

Ale nietrudno dostrzec, jak ważna pozostaje ta relacja, zarówno w sprawach widocznych, jak i niewidocznych.

Pierwszy premier mojej matki, sir Winston Churchill, doskonale to rozumiał. Ale przecież sam był pół-Amerykaninem – tradycja wspólnego transatlantyckiego dziedzictwa, która, z radością stwierdzam, jest dziś żywa i ma się dobrze w Białym Domu! Zażyłość była tak silna, że ​​sir Winston, przebywając w Białym Domu – w jednym z pokoi, które nam pan pokazał na piętrze – wyszedł nago z wanny i zobaczył, że drzwi się otwierają, gdy prezydent Roosevelt wchodzi na pogawędkę. Z ciętym dowcipem prezydent zażegnał wszelkie zażenowanie, oświadczając, że „premier nie ma nic do ukrycia przed prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Ta serdeczność pojawiła się po trudnych chwilach między naszymi przywódcami na początku lat 40. XX wieku. Wielowiekowa więź i przyjaźń dodawały otuchy mojemu nieżyjącemu dziadkowi, królowi Jerzemu VI, podobnie jak mojej nieżyjącej już Matce. Dla mnie znaczy to równie wiele.

Oczywiście, moja nieżyjąca już Matka spotkała nie mniej niż trzynastu urzędujących prezydentów – na szczęście wszystkich w pełnym ubraniu! Pierwszym prezydentem, którego miałem zaszczyt poznać – mając dziesięć lat, w 1959 roku, kiedy przybył do Balmoral – był prezydent Eisenhower, który pełnił funkcję Naczelnego Dowódcy Alianckich Sił Ekspedycyjnych podczas II wojny światowej, w najbardziej krytycznym momencie najciemniejszych dni XX wieku. Amerykańskie przywództwo pomogło odbudować zniszczony kontynent, odgrywając decydującą rolę obrońcy wolności w Europie. My – i ja – nigdy o tym nie zapomnimy, zwłaszcza że wolność ponownie jest zagrożona po inwazji Rosji na Ukrainę.

Dziś nasze partnerstwa w NATO i AUKUS pogłębiają naszą współpracę technologiczną i wojskową, zapewniając, że wspólnie możemy sprostać wyzwaniom coraz bardziej złożonego i pełnego sporów świata. A skoro mowa o sojuszach okrętów podwodnych, jeden z poprzedników AUKUS, zwodowany w brytyjskiej stoczni w 1944 roku, służył przez większość swojego życia w 4. Eskadrze Okrętów Podwodnych w Australii, odgrywając kluczową rolę podczas wojny na Pacyfiku. Jak się nazywała? HMS Trump.

Dziś wieczorem, Panie Prezydencie, z przyjemnością wręczam Panu – jako osobisty prezent – ​​oryginalny dzwon, który wisiał na wieży dowodzenia Pańskiego dzielnego imiennika. Niech będzie on świadectwem wspólnej historii i świetlanej przyszłości naszych Narodów. A jeśli kiedykolwiek będzie Pan potrzebował się z nami skontaktować… cóż, po prostu zadzwoń!

Od 250 lat pomysłowość i wyobraźnia narodu Stanów Zjednoczonych stanowią inspirację dla świata. Ta kraina możliwości dała początek najwybitniejszym umysłom ludzkości, od ery przemysłowej po erę kosmiczną. Tak wiele cudów współczesnego świata powstało i nadal powstaje w Ameryce. Z uwagą śledziliśmy podróż Artemidy II – lub Artemidy Drugiej, jak moja rodzina i ja moglibyśmy ją nazywać! – Wiem, że ma Pan wielkie plany wobec Księżyca, Panie Prezydencie, ale sprawdziłem dokumenty i obawiam się, że jest on już częścią Wspólnoty Narodów!

Podczas wizyty w tym tygodniu z niecierpliwością czekam na spotkanie z mieszkańcami i społecznościami tego dynamicznego kraju, w tym na świętowanie pracy, jaką mój King’s Trust wykonuje w tych społecznościach, pomagając młodym ludziom odnieść sukces w całej Ameryce, w tym roku, w którym obchodzimy 50-lecie istnienia Trustu. Czy możecie w to uwierzyć?

Każdego roku miliony Brytyjczyków przybywają do tego niezwykłego kraju, aby podziwiać jego wspaniałe parki narodowe, strzeliste góry i prastare lasy. Od szczytów północno-zachodniego Pacyfiku po surowe brzegi Atlantyku, od rozległych połaci Zachodu po rozległe prerie i kaniony – naturalne piękno tej krainy można odnaleźć w każdym zakątku.

A jeśli chodzi o sport, już za kilka tygodni Stany Zjednoczone i Kanada znajdą się wśród państw, które powitają świat jako gospodarzy Mistrzostw Świata FIFA. Zatem, Panie Prezydencie, w pewnym sensie, jako głowy państw, jesteśmy współgospodarzami!

Nawiasem mówiąc, nazywamy tę grę „piłką nożną”, Panie Prezydencie… I mogę tylko powiedzieć, jako głowa państw pięciu rywalizujących państw, że będę uważnie i z wielkim entuzjazmem śledził mecze. W końcu zawsze lubimy korzystne kursy…

W tym mieście, Waszyngtonie, znajduje się więcej tomów Szekspira niż gdziekolwiek indziej na świecie. 82 egzemplarze są pieczołowicie przechowywane i udostępniane w Bibliotece Folgera. A w tym czasie, gdy poszukiwanie pokoju na świecie jest ważniejsze niż kiedykolwiek, mogę jedynie zwrócić się do geniuszu Szekspira, aby przypomnieć nam o prośbie o pokój, wygłoszonej przez księcia Burgundii w zakończeniu Henryka V – „moja mowa błaga, abym dowiedział się… dlaczego łagodny Pokój nie miałby… obdarzyć nas swoimi dawnymi zaletami”.

Dziękuję, Panie Prezydencie i Pani Trump, za wspaniałą kolację tego wieczoru, która, muszę przyznać, stanowi znaczny postęp w porównaniu z bostońską herbatką! Niezależnie więc od tego, czy w Państwa filiżance znajduje się herbata, wino, szkocka whisky, bourbon, czy nawet cola, wznieśmy toast za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość naszych dwóch dumnych i sprzymierzonych narodów:

Do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Niech Bóg błogosławi oba nasze kraje.

PS. I myśl trzecia, coś, na co wszyscy (z niecierpliwością) czekali — lokowanie produktu, więc…