Paradoks Kołaczkowskiej

Wzruszająco i celnie podczas uroczystości pogrzebowej Joanny Kołaczkowskiej, Szymon Majewski zauważył: 

– „Asiu, ostatnio cię tak bardzo nie ma, że aż Cię „jest” bardzo dużo. Jest więcej ciebie, niż ciebie nie ma. I jest w tym jakiś paradoks. Paradoks Kołaczkowskiej”. 

I rzeczywiście, tak było na przestrzeni tygodni – ludzie zamieszczali tkliwe, osobiste komentarze, dziękowali i mówili, jak wiele Kołaczkowska im podarowała. Ile dała im radości i pewniej mądrości uprawiając swoje humorystyczne rzemiosło. Rzemiosło, które wyniosła na bardzo wysoki poziom. 

A jak zauważają badacze zjawiska humoru – człowieka który jest nim obdarzony, charakteryzuje sześć cech, czyli: 1. Potrafi spontanicznie tworzyć dowcipne wypowiedzi. 2. Umie „dzielić się” komizmem.3. Ma zdolność do rozumienia dowcipów i potencjalnie humorystycznych bodźców. 4. Potrafi dokonać oceny zabawności różnych rodzajów żartów. 5. Ma dobrą pamięć do dowcipów i zabawnych zdarzeń. 6. Przejawia tendencję do posługiwania się̨ humorem jako mechanizmem obronnym. (Franz-Josef Hehl, Willibald Ruch). 

U Kołaczkowskiej to wszystko było, plus ów mistrzowski naddatek. 

I o tym chciałem napisać, ale ze swojej perspektyw, bo ze mną jest jak z owym inżynierem z kiepskiej anegdoty, którego z grupą podobnych, Pani z HR-u wysłała na koncert do filharmonii. I ów, po zakończonym koncercie odszukał w garderobie saksofonistę i powiedział: 

– „To co Pan próbował wydmuchać jakoś musi się wyciągnąć. Mogę Panu pomóc”. 

No właśnie – niezdolność do oderwania się ze swojej perspektywy, i ja popatrzę na Joannę Kołaczkowską ze swojego ogródka, tzw. wystąpień na forum.

Myśl pierwsza – sprzężenie zwrotne. 

Kiedyś w GW, Kołaczkowska powiedziała:

„Zawsze tłumaczę kolegom, że jak gramy, to między nami a widzami tworzy się więź niemal wyczuwalna fizycznie. Jak nici. Kabaret to zarządzenie energią. Ona odbija się i wraca. Podczas koncertu czuję: Boże, jak mnie ludzie lubią! Jednak! Ze spektaklu wychodzę wypieszczona, wycmokana, wygłaskana, za rękę potrzymana. Bo ja tak to widzę, że publiczność trzyma mnie za rękę. To szczęście: mam pracę, dzięki której bardziej kocham świat”.

Bo jeżeli ktoś, primo – przygotuje dobrą/ciekawą treść, secundo – odpowiednio ją zaprezentuje, to ma jak w banku, że wróci do niego „pożywna” informacja zwrotna. Będziesz ją widział w reakcjach podczas wystąpienia, pochlebnych komentarzach „po”, cytowaniu jego zawartości przez innych, etc. Słowem, mamy tu zjawisko „energii odnawialnej”. Energia, która została poświęcona na zbieranie pomysłów, przygotowanie prezentacji i ćwiczenie wraca do nas po wystąpieniu. 

Zauważmy jak dowcipnie zwerbalizowała ów stan mówiąc: „wypieszczona, wycmokana, wygłaskana, za rękę potrzymana” plus, generalna ocena swoje pracy – „mam pracę, dzięki której bardziej kocham świat”. W czystej postaci mamy tu stan człowieka usatysfakcjonowanego, którego przeciwieństwem jest ktoś „wypalony”. 

No właśnie, czy zadaliście sobie pytanie, dlaczego tak jest, że młoda nauczycielka Madzia, która po zakończonych studiach wkracza z wielkim entuzjazmem do szkoły, za kilka latach zmienia się w zołzowatą Magdalenę? Podwód jest dość oczywisty – brak poczucia sprawczości, ergo – ulatuje sens wykonywanej pracy, ergo rośnie niechęć i poczucie zmęczenia.

No ale wrócimy do spostrzeżenia naszej bohaterki, bo jest jednej warunek owej układanki, który Kołaczkowska ujawniła w tej rozmowie: 

„Najważniejsza rzecz, jakiej się nauczyłam przez te lata? Nie da się rozśmieszać ludzi bez pokochania ich. Oni też muszą nas w pewnym sensie pokochać, zaakceptować. I wtedy będą mogli się z nas śmiać”. Czyli nie da się tego uzyskać bez pozytywnego nastawienia, a mówiąc dobitniej słowami Kołaczkowskiej – pokochania ich. 

Za tydzień spostrzeżenie drugie.

zdj. wikipedia