Co dają nam narracje? Cz. 1 

To znamienne, że nie gliniane żetony służące do prowadzenia rozliczeń (8000 r. p.n.e.) czy cylindryczne pieczęcie do oznaczania własności (4000 r. p.n.e.), ale epicka narracja Homera stała się materiałem na film dla Christophera Nolana.

Oczywiście powodów jest wiele, ale ten kluczowy przywołajmy na początek –

tylko historia może zawładnąć człowiekiem. Daje szanse na zrozumienie siebie oraz otaczającego świata, a wychodząc z kina, jesteśmy w dziwnym stanie uniesienia i odnowienia: cieszymy się, że opisywany świat ocalał, butne zło zostało zatrzymane, a w finale kruche, migotliwe i zagrożone „tak” zatriumfowało. Owego greckiego „katharsis” nie wywoła liczenie kolejnych żetonów ani bicie pieczęci na beczkach z oliwą. Jedynie narracja, epickie widowisko, może porwać, unieść, a nawet wstrząsnąć człowiekiem.

I pomimo tego, że ów wpis rozpocząłem dość wysoko, muszę skromnie zawęzić pole swojej analizy i przedstawię dwa sposoby jak społeczeństwa, grupy społeczne czy wreszcie duże organizacje wykorzystują historie.

W pierwszej części pokażę, jak historie stosowane są po to, by uczyć, inspirować czy też pomagać w trudnych momentach życia, w drugiej opiszę – jak człowiek „tworzy siebie samego” przez opowiadane historie. 

Teraz, wracając do filmu Nolana, zapraszam na pierwszy odcinek pt. „Powrót do domu poharatanego mężczyzny”.

Pomysł Jonathana Shay’a

By zilustrować podejście pierwsze, przywołam pomysł wykorzystania Odysei w modelu pracy z weteranami z PTSD. W takim ujęciu podróż Odysa jest modelem drogi żołnierza, który próbuje odnaleźć się w rzeczywistości: pokoju, rodziny czy, szerzej – demokratycznym społeczeństwie.

Pionierem tego podejścia jest psychiatra Jonathan Shay, który pracował z weteranami wojny w Wietnamie. Shay przeniósł literacki pomysł Homera do praktyki klinicznej, a swoje doświadczenia i pomysły opisał w dwóch książkach: „Achilles w Wietnamie”, w której za pomocą Iliady opisuje mechanizm powstawania traumy i utraty moralnej busoli, oraz „Odyseusz w Ameryce”, która skupia się na motywie powrotu z wojny.

Wykorzystując materiał, jakim jest podróż Odysa, uczestnicy spotkań poznają: jego drogę, pułapki, na jakie natrafiał, przeszkody, które utrudniały mu powrót do domu, a potem – jakby pośrednio – odnajdują to wszystko w sobie.

Shay przełożył mityczne miejsca z Odysei na konkretne sytuacje psychologiczne i tak odnajdujemy tam wszystko to, co widzieliśmy w kinie:

 

    • Kraina Umarłych (Hades) – stan destrukcyjnego poczucia winy przeżywanego przez ocalałego, ciągłe wspomnienie poległych towarzyszy broni.

    • Lotofagowie – próby zagłuszenia wspomnień przez stosowanie używek – narkotyków, alkoholu.

    • Cyklop Polifem – stany paranoiczne: niekontrolowana wściekłość, postrzeganie otoczenia w kategoriach „wroga”.

    • Kalipso – pokusa ucieczki: odcięcie od świata, odizolowanie się od społeczeństwa lub toksyczne relacje chroniące przed konfrontacją z rzeczywistością.

I tak, etapy powrotu Odysa odczytywane są jako przeszkody w normalnym funkcjonowaniu i: a. analizowane indywidualnie, b. omawiane w rozmowach 1:1 z terapeutą oraz, c. podczas sesji grupowych.

Dość łatwo możemy wyobrazić sobie spotkania, podczas których po odczytaniu charakterystyki danego etapu lub obejrzeniu fragmentu filmu u każdego z uczestników pojawia się myśl: „ja też tak mam”, „u mnie wygląda to trochę inaczej”. A po takim wprowadzeniu łatwiej wejść w fazę dzielenia się problemami, potem usłyszeć jak inni borykają się z czymś podobnym, potem doświadczyć grupowego wsparcia i wreszcie przejść do fazy tworzenia rozwiązań – „co mam z tym robić?”. Zauważmy, to wszystko odbywa się w oparciu o analizę antycznej fabuły Homera, gdzie weterana bitwy pod Troją próbuje ułożyć sobie życie z Penelopą w swojej rodzinnej Itace.

Toutes proportions gardées 

Przykład drugi, ale… zachowując wszelkie proporcje. Odwołam się do motywu, który zastosowałem w prostej, metaforycznej historii pt. „Krasnale. Rzecz o kreatywności i zmianie”, dotyczącej zagadnienia „kreatywności” i „zmiany”.

Fabułę książki zbudowałem w oparciu o opis dwóch procesów: pierwszy – siedem etapów przechodzenia przez zmianę, drugi – proces twórczego myślenia. I tak np. organizacja, która ma zamiar przygotować swoich ludzi na zmianę, dziesięć dni przed warsztatami dostaje od nas książkę i każdy z uczestników, w lekkiej formule, jest w stanie zapoznać się z kluczowymi etapami zmiany, zrozumieć ich specyfikę i – co najważniejsze – odnaleźć się w całym procesie. Po takim narracyjnym wstępie następuje praca warsztatowa.

Pisząc tę książkę, kierowałem się chęcią pomocy osobom, które np. mają trudności z opanowaniem niepewności czy lęku lub nadmiernie przywiązują się do starych rozwiązań, tak by w trakcie czytania historii krasnali znalazły podpowiedzi.

Mechanizm oddziaływania narracji 

A wracając do tematu zastosowania opowieści w procesie uczenia/inspirowania „do”, warto przytoczyć spostrzeżenie profesora Brocka, który opisał zależność, jaka zachodzi pomiędzy głębokością „wejścia w świat fabuły” a jej „oddziaływaniem na słuchacza”:

 

    • poruszenie emocji, 

    • wyobrażenie sobie siebie samego w danym momencie, 

    • doświadczenia inspiracji/wzmocnienia, 

    • zmiana zdania/stanowiska w jakiejś sprawie etc.). 

Brock pisze tak:

„Opowieść wpływa na przekonania dotyczące świata rzeczywistego w takim stopniu, w jakim jednostka zostaje pochłonięta przez opowieść (zostaje przeniesiona w świat narracji)”.

Spróbuję to zilustrować. Wyobraź sobie oś X, na której zaznaczymy stopień „wejścia” w świat prezentowanej historii. Zastosujemy skalę od „0” do „10”, gdzie „0” będzie odpowiadało stanowi: „to mnie w ogóle nie interesuje”, a „10” – „jestem pochłonięty przez historię, czekam, co się będzie działo dalej”.

A teraz dorysujemy jeszcze oś Y, gdzie będziemy mierzyli poziom oddziaływania narracji w aspekcie zmiany zdania i przyporządkujemy krańcowe wartości: „0” – „to jest nieprzekonujące”, „10” – „muszę zweryfikować swój pogląd, bo byłem w błędzie”.

W tym przypadku możemy odkryć pewną liniową zależność – im większe wejście w świat opowiadanej historii, tym większa podatność na zmianę zdania.

Inny badacz – Richard J. Gerrig, opisując fenomen oddziaływania historii, posłużył się metaforą podróżnika. Z jego analizy wyłania się obraz podróżnika, który:

„w pewien sposób zostaje przeniesiony, oddala się od świata, z którego pochodzi, co sprawia, że niektóre aspekty tego świata stają się dla niego niedostępne. Kiedy podróżnik wraca do swojego świata, jest w pewien sposób zmieniony. Zmieniony przez odbytą podróż”.

Tak więc, odpowiadając na pierwsze pytanie – historie pomagają nam przejść przez różne fazy naszego życia: ucząc nas, wzmacniając i inspirując. 

Historie są „humanoidalnym” rodzajem komunikatu, w którym odnajdujemy siebie, swoje lęki, obawy, inspiracje i wzory.

Realny przykład wpływu pewnej książki 

Na koniec praktyczny przykład, ale nim go przedstawię, przywołam kontekst. W czasie pandemii miałem bardzo interesujący projekt. Otóż trafiłem do innego społecznego świata. Na ogół prowadzę szkolenia w organizacjach o charakterze biznesowym, a tu znalazłem się wśród nauczycieli. Ale jakich nauczycieli?…

Crème de la crème – śmietanka, grupa ze stowarzyszenia Superbelfrzy. Dla tych z Was, którzy o nich nie słyszeli, powiem tylko tyle, że to czystej wody ideowcy, osoby kochające edukację. Może tylko dopowiem, że w grupie tej była pani, która znalazła się w setce najlepszych nauczycieli na świecie, a ja miałem dużą przyjemność uczyć ich storytellingu. 

Cały projekt poszedł o tyle dobrze, że jako rezultat powstała książka pt. „Historie o edukacji, jakie opowiedzieli mi Superbelfrzy”, a po pierwszej edycji dostałem kolejną grupę, ale tym razem dyrektorów szkół. I właśnie w tym składzie usłyszałem historię, która rzuciła nowe światło na wykorzystanie storytellingu w procesie zmiany.

Oto jedna z uczestniczek opowiedziała historię, jak to lata temu była zapaloną „nauczycielką demokratką”, która stawiała na dialog i partnerstwo w kontakcie z uczniami.

„Czułam się doskonale w tej formule pracy, a dzięki niej uzyskiwałam wyróżniające rezultaty pracy z uczniami. Jednak któregoś dnia kuratorium oświaty zadecydowało, że nasza szkoła stanie się placówką integracyjną, więc pojawią się uczniowie, którzy nie są aż tak wyrobieni, i sprawi to, że nie będzie można dalej w taki sposób prowadzić lekcji – ambitnie, twórczo i wymagająco. I wtedy, zupełnie bez zapowiedzi, nagle wszystko mi się posypało. Moje ambicje i moje motywacje, moje pomysły edukacyjne – wszystko to legło w gruzach. Wewnętrznie czułam, że nie nadaję się do pracy w integracyjnej szkole, ponieważ nie wiem, jak uczyć dzieci z dysfunkcjami. Jednak w tym tygodniu, w którym trafiła do nas ta wiadomość, każdy nauczyciel dostał w piątek książkę pt. „Kaj znów się śmieje”.

To opowieść Hartmuta Gagelmanna, która jest jego prawdziwą historią. Otóż jako dziewiętnastoletni student muzyki dostał powołanie do wojska i odmówił. W odpowiedzi został skierowany do odbycia zastępczej służby i wybrał zakład dla upośledzonych dzieci. Tam opiekował się grupką dzieciaków z różnymi niepełnosprawnościami i dość szybko zawarł z nimi bliskie i serdeczne relacje.

Gagelmann w swojej książce pisał o trudnościach, na jakie natrafiają podczas wykonywania najprostszych, codziennych czynności. Równocześnie pokazywał ich wewnętrzną siłę oraz wolę walki. Cały ten pobyt w ośrodku zaowocował niespotykanym do tej pory poczuciem szczęścia, rodzajem głębokiego, przejmującego doświadczenia. W zamian za nieprzespane noce otrzymywał zaufanie, za poświęcenie dostawał oddanie i serdeczną przyjaźń.

Szczególnie mocno związał się z dziesięcioletnim Kajem, chłopcem cierpiącym na autyzm. Jednak początek tej znajomości nie wskazywał, że będzie to udana relacja. Kaj nie mówił. Zachowywał się niezwykle destrukcyjnie i agresywnie, a same efekty pracy były tak nikłe, że w tym ośrodku stosowano wobec niego przymus, a nawet krępowano go kaftanem bezpieczeństwa.

Hartmut długo nie mógł zrozumieć, gdzie tkwi powód takiego zachowania, ale po serii nieudanych prób nawiązania kontaktu wreszcie odkrył klucz. Kluczem była akceptacja, czyli zgoda na sposób funkcjonowania Kaja, podążanie za nim w tempie, które on wyznacza.

Autor przyznaje, że przeszedł szkołę życia, a pobyt tam był czasem bardzo ważnych doświadczeń i przeżyć.

„Czytałam tę książkę przez całą noc. Czytałam i płakałam, ale po tym weekendzie byłam gotowa wejść w nową rzeczywistość. Poniedziałek był zapowiedzią czegoś nowego”.

Tu chciałbym zwrócić Waszą uwagę na sformułowanie, jakim posłużyła się ta Pani: byłam gotowa wejść w nową rzeczywistość.

Okazuje się, że zanurzenie w historię, odbyta tam podróż, pozwoliły na pewien rodzaj przygotowania oraz przeżycie jakiejś intelektualno-emocjonalnej transformacji.

I pewnie działo się to w kilku etapach:

od pogodzenia się z nową sytuacją, po chęć spróbowania lub może nawet głębokie pragnienie: „chcę tego doświadczyć!”. Niewątpliwie historia uruchomiła w niej pokłady wyobraźni, w której mierzyła się z nieznanym zadaniem na swoich warunkach, podchodziła do nowej rzeczywistości, badała ją i widziała w niej dzieci które potrzebują pomocy, a w tym czasie narastało w niej pragnienie sprostania nowemu zadaniu. 

Oczywiście to wszystko pozostaje tajemnicą, bo w czasie tego szkolenia nie dopytałem, jak meandrowały jej myśli podczas lektury. Być może początkowo czuła obcość opisywanego świata i z pewnego dystansu przyglądała się bohaterowi książki, który próbuje się do niego dostać? A może została zupełnie zaskoczona? Zaskoczona faktem, że Kaj reaguje agresją, pomimo że w jego wnętrzu głucho zawodzi tęsknota za bliskością i przejawami ciepła? Kto wie, może to wtedy poczuła chęć zdobycia tej przystani? Może właśnie w tym momencie pomyślała: „To jest moje nowe zadanie! Chcę przedostać się w to miejsce, chcę pomagać, rozwijać tych młodych ludzi!”.

Cóż, jak powiedziałem – tego nie wiemy, ale jednego możemy być pewni – właśnie tak funkcjonuje człowiek wrzucony w świat dobrej historii. Oto jakieś siły uwalniają się na styku „narracja i odbiorca” i nie chodzi mi tylko o przyciągające naszą uwagę iskrzenie, o lekkie lub większe poruszenie emocji. Idzie mi o coś znacznie głębszego, jakiś magnetyzm, który pochłania i w pewnej części/całości (?) przemienia czytelnika lub słuchacza.

W opisywanym przypadku niezbicie przebija zasada „im bardziej – tym bardziej”, bo owa Pani przyszła zrezygnowana, a wyszła zapalona, rozpoczęła rozbita, skończyła skoncentrowana i spójna, książkę otworzyła zniechęcona, a zamykała zainspirowana. A to przejście było możliwe dzięki podróży w świat podobny, złożony, ciekawy, realistyczny. Tam odbyło się ćwiczenie, mocowanie, pasowanie i wreszcie… decyzja!

Zamykając pierwszą część dotyczący pytania o praktyczne zastosowanie historii, można powiedzieć… to właśnie tu kryje się odpowiedź, jak pracować i pomagać ludziom, którzy są w stanie rezygnacji, rozbicia, sceptycyzmu, strachu itp., aby przeprowadzić ich do stanu „chcę, mogę, spróbuję”. Przejście jest możliwe przez uczestniczenie w „formie zastępczej” w świecie wykreowanym, w rzeczywistości stworzonej w czyimś umyśle, która potem się zobiektywizowała, została opisana, wypowiedziana czy sfilmowana.

Tyle z pierwszego odcinka, który można by zwieńczyć celnym spostrzeżeniem Stanisława Leca –

„Słuchanie historii jest jak chodzenie po bagnie – wciąga”. My dodajmy – „i zmienia”.

_